Andrzej: No, w jakimś sensie tak. Przychodzę do domu z ręką w gipsie i nie mówię,
że miałem wypadek Wszyscy musza się domyślać, co się stało, wyciągać to ze mnie,
a ja mówię: A, nic się nie stało, skaleczyłem się.
Kasia: Ale ja mówię o czymś jeszcze gorszym. Bo jak przychodzisz z ręką w gipsie
i tę rękę w gipsie jeszcze pokazujesz, to w porządku. Gorzej, jak masz marynarkę
naciągniętą na ten gips i nie pokażesz gipsu, a twoja żona z sześcioma ciężkimi
paczkami mówi ci: No, Andrzej, dlaczego mi nie pomogłeś, przecież widziałeś, że
mi lecą z rąk zakupy, i ty nie mówisz: Bo miałem rękę w gipsie, tylko mruczysz:
No, wiesz… i jakby niechcący ukazujesz kawałeczek gipsu spod marynarki. Wtedy
ona ma natychmiast poczucie winy, że czegoś od ciebie żądała, a ty nie mogłeś
przecież pomóc. Ten rodzaj gry jest niebezpieczniej szy.
Andrzej: To jest faktycznie wyrafinowana forma. To wymusza jak gdyby na
partnerze, żeby był Duchem Świętym i wiedział, że tam, pod marynarką, ma się
niesprawną rękę.
Kasia: Na poczuciu winy i na poczuciu krzywdy w związkach nie będziemy się
zatrzymywać?
Andrzej: Ależ tak. Dajmy tu tytuł:
jesteś nie w porządku
Poczucie winy to jest jedno ze sztandarowych uczuć, którymi zajmuje się
psychologia i terapia.
Kasia: No, a tu jest budowanie napięcia. Żeby coś osiągnąć? Powiedz.
Andrzej: Myślę, że są sytuacje, kiedy „prawdziwi” mężczyźni nie powiedzą, że ich
coś boli; przyjmują na siebie całą odpowiedzialność, bez względu na to, co się
stało. Dość dużo jest osób, które stosują taki mechanizm. Na przykład spóźniają
się – wszyscy muszą się domyślać, co się stało, a oni celowo nie mówią, żeby
trzymać towarzystwo w napięciu.
Kasia: Czyli co? Ja jestem taki ważny?
Andrzej: W jakimś sensie.
Kasia: Zobaczcie, że jestem najważniejszy.
Andrzej: Coś takiego. Taka postawa: Patrzcie jaki jestem ważny, nie jestem z
tych, co się zaraz rozkładają i będą opowiadali, jaki to był wypadek. Dzielnie
wytrzymam i siadam po wypadku do kolacji, jakby się nic nie stało.
Kasia: No tak, ale przeze mnie wzrasta napięcie, padają niepotrzebne słowa, a
padają wyłącznie z nieświadomości. Jeżeli nie wiem, że ty masz rękę krwawiącą,
mogę powiedzieć: No, Andrzej,
nie pomożesz mi tej walizki dźwignąć? Rozumiesz. Przy garbatym się nie mówi o
garbie.
Andrzej: No, może…
Kasia: Nie „może”, tylko ja ci mówię, że tak jest. I co ty na to?
Andrzej: Dla mnie to jest odgrywanie nieszczęśników przez osoby, które nigdy nie
pokażą, że cierpią, że im jest niedobrze albo trudno, ale cale towarzystwo
zmuszają do domyślania się, jak to z nimi jest.
Kasia: Zauważcie mnie.
Kasia: No, bardziej chyba niż wśród kobiet. Zresztą bywa to czasem bardzo
wdzięczne – dopóki to nie mój facet dowcipkuje.
Andrzej: Dopóki się nie zorientujesz, że to jest jedyny sposób na bycie z tym
kimś, jedyna możliwa konwencja.
Kasia: Wypadamy z konwencji i się rozstajemy.
Andrzej: On to nazwie przynudzaniem.
Kasia: Czy ja ci opowiadałam zdarzenie, którego byłam świadkiem, jak małżeństwo
kompletnie jakby mijało się na jakimś poziomie, czego nie rozumiałam. Pewien
mężczyzna poszedł w Wigilię kupić herbatę do jedynego otwartego sklepu w
dzielnicy. Wszyscy czekaliśmy, stół z opłatkiem nakryty, temperatura wzrastała.
Wpół do szóstej mieliśmy siąść do stołu, a o szóstej piętnaście pan domu wpadł
do mieszkania i wbiegł prosto do łazienki. Jego żona (a moja matka, ona będzie
to czytać) podeszła pod drzwi łazienki i powiedziała z gardłem ściśniętym: Jak
tak możesz, wiedziałeś, że siadamy do stołu o wpół do szóstej. A my, wiesz,
skuleni (Co to będzie?), mniej więcej dwanaście osób, czekamy, co się stanie. Za
chwilę się okazało, że ojciec był jedną z ofiar wypadku autobusowego, wypłukiwał
piach z oczu, a przyszedł późno, ponieważ ten autobus był ostatni. Ja nie
rozumiem, jak mógł już od drzwi tego nie oznajmić. Po pierwsze, natychmiast
likwiduje to napięcie i wyrzuty, po drugie, otrzymałby pomoc, nie musiałby sam
się z tymi oczami męczyć, ktoś by mu podał kieliszek do płukania i tak
dalej. To jest niezwykle częste w małżeństwach, że czegoś się nie mówi chyba po
to, żeby wpędzić tę drugą osobę w poczucie winy. O co chodzi w tej grze?
Andrzej: Mówiliśmy o poczuciu humoru i czym się różni poczucie humoru od takiego
maniakalnego nastroju, który jest czystym rozładowaniem napięć.
Kasia: …ale wtedy, kiedy jesteśmy radośni. Aczkolwiek są sytuacje dramatyczne,
kiedy pomaga żart czy śmiech.
Andrzej: No, tak.
Kasia: Wiesz, mąż mojej koleżanki był wciąż absolutnie dowcipny, wciąż żartował,
na przykład otwierał parasol, jak wchodził do domu, i mówił: No, spodziewałem
się burzy, bo się spóźniłem dwie godziny. Pewnego dnia złamał nogę na ulicy,
upadł i krzyczał, że się nie może podnieść, a ona po prostu poszła dalej.
Wieczorem okazało się, że leży w szpitalu, bo ma rzeczywiście złamaną nogę. To
jest, wiesz, całkiem prawdziwa historia, wydarzyła się w Kaliszu, chociaż oboje
znamy bajkę o pastuszku, który dla kawału wołał, że wilki atakują jego owce. I
kiedy rzeczywiście zaatakowały, nikt nie nadbiegł na ratunek. Jak odróżnić słowo
„pomocy” wykrzyczane serio, jeśli wiele razy użyto go, by dowcipkować? Trzeba
mieć naprawdę mocno wyczulone ucho.
Andrzej: Wiele osób stosuje takie maniakalne sztuczki, żeby się uchronić przed
odpowiedzialnością.
Kasia: Na przykład?
Andrzej: No, sama powiedziałaś. Otwieram parasol i rozbawiam towarzystwo czy
żonę. Wtedy nie usłyszę, że jest na mnie zła, bo czeka dwie godziny. Mogę się
chronić przed takimi wyrzutami. Zresztą takich sztuczek jest bardzo dużo, to
jest bardzo popularny wśród mężczyzn styl.
Kasia: Ja wiem, że to nie są czary-mary.
Andrzej: Najsilniej działającą paradoksalną interwencją jest powstrzymywanie od
zmiany.
Kasia: Czyli: Me zmieniaj się.
Andrzej: Nie zmieniaj się, jest wszystko w porządku. Terapeuci bardzo często
mówią coś takiego: Może nie jest to dobry moment, może warto się
zastanowić, może należałoby przemyśleć to jeszcze raz. Paradoksalnie nasilają
pewne zachowania, żeby wydobyć motywy tych zachowań, na przykład jeśli ktoś
przychodzi w związku z tym maniakalnym nastrojem na sesję i zaczyna się głośno
śmiać, a wiemy, że jego sytuacja życiowa nie jest do śmiechu, to często
terapeuci, którzy korzystają z takich umiejętności, namawiają delikwenta, żeby
jeszcze głośniej próbował się śmiać. I wtedy się okazuje, że za tym śmiechem
kryje się na przykład płacz, i że – to by pasowało do moich rozważań na temat
tego hajowania – że za tym śmiechem często stoi samotność, rozpacz, smutek, żal,
wściekłość, tylko sobie nie dajemy prawa, żeby je przeżywać i wyrażać.
Kasia: Bardzo często zdarzało mi się w dawnych latach, że na pogrzebach bliskich
się śmiałam.
Andrzej: No, tak sobie radziłaś z napięciem.
Kasia: Tak, zresztą nie w samotności, była nas tam cała grupka.
Andrzej: Ja znam związki, w których napięcia, negatywne uczucia, są
rozładowywane przez właśnie takie maniakalne zachowania.
Kasia: Czy to jest dobre? . Andrzej: Nie. Jestem zwolennikiem zabawy i humoru,
ale…